Poczuć Indie…

Kiedy pytano mnie po co jadę do Indii, nie miałam wątpliwości, że celem moim było poczuć ten kraj i zrobić jak najwięcej zdjęć jego mieszkańcom, aparatem lub po prostu oczami, w wyobraźni komponując kadry. Nie sądziłam jednak, że poczuć, w tym wypadku, będzie oznaczało dosłownie odkryć jego zapach…

Bombaj, Goa, luty 2025

Zapach Indii

To nie zapach, a właściwie mieszanka zapachów. Trudna choć często też piękna. Wyczuć w niej można gorąco tego kraju. Tyle tylko, że to gorąco jest wyjątkowe. Lepkie, wilgotne, jakby smoliste. Podgrzewa pozostałe składniki zapachu Indii. Dlatego też są mocniejsze, wyrazistrze. Brud i smog, jaki spotkałam w Bombaju, to kolejne jego składowe. Nie będę precyzować co i jak jest brudne, ale najważniejsze – nie ludzie! Choć miasto liczy 26 milionów mieszkańców (nie wiem ile milionów ja spotkałam…), każdy kogo minęłam, ładnie pachniał. Kontrast zapachowy między ludźmi i otoczeniem jest oszałamiająco duży. Do tej mieszanki należy dodać coś zgoła innego – zapach kadzidełek, jaśminu, obręczy kwiatowych składanych w ofierze w świątyniach. To jakby przeciwny biegun zapachowy. Tu jednak wydaje się być naturalny, jak wszystkie pozostałe jego składniki. Zapach jedzenia, spożywanego bardzo otwarcie, publicznie, na ulicy, w pracy, na dworcu, na targu… jest tak silny, że miałam wrażenie jakby Hindusi nie przestawali gotować! Jedzenie jest tak integralną częścią ich życia, że robią to tak publicznie, jak my, ludzie zachodu, wyprowadzamy np. psa na spacer. Woń niezwykle pikantnych przypraw dociera do nozdrzy wszędzie i nieustająco.

 

Jak to sfotografować?

Choć w hinduskiej mieszance zapachów z pewnością można by znaleźć jeszcze wiele innych składowych, dla mnie od ich analizy ciekawsze było to, jak zapach ten pokazać na zdjęciach. O ile targi pełne warzyw i owoców, przepełnione zapachem, łatwo zamykały się w moich kadrach, o tyle, nie wyobrażałam sobie fotografować ludzi w trakcie posiłków, tym bardziej, że jedli rękoma, a często całym sobą… Zapach jedzenia, moim zdaniem widoczny jest na zdjęciach w kolorze skóry mieszkańców. Ziemia tego kraju jest czerwona. Jakby pikantna sama w sobie. Warzywa ten kolor i woń spijają. Przyprawy je potęgują. A twarze Hindusów je oddają. Zapach brudu i spalin jest tak wszechobecny i jakby osacza wszystko wokół, oblepia, smoliście otula wszystko i wszystkich, że dla mnie był niemalże widoczny, a teraz patrząc na zdjęcia, nie zmniejszył swojej intensywności. Pozornie najprościej powinno być z tymi przyjemnymi zapachami – kadzidełek, kwiatów, olejków… ale tylko pozornie… Te same kwiaty czy kadzidełka pachniały tam tak intensywnie, wręcz dusząco, że patrząc na nie, ciężko sobie wyobrazić jak intensywny był ich zapach… Na szczęście kwiaty też mają swoje kolory. Równie niezwykle intensywne, czasem aż pstrokato- kiczowato – sielskie. One pomagały mi pokazać zapach, który w porównaniu z resztą, łagodził, pocieszał, ratował… A wszystko podgrzane zapachem duszącego gorąca, wibrującego w obrazie…

Zapach na fotografiach…

Nie wiem czy mi się udało, ale gdy teraz patrzę na zdjęcia, czuję jakby miały swój zapach… Mieszankę drastycznie różnych składników. Każdy z nich charakterystyczny dla Indii. Choć trudny ten zapach, to już za nim tęsknię…